Piątek, 24 stycznia 2020. Imieniny Felicji, Roberta, Sławy

Warmia i Mazury to kulturalna pustynia?

2013-04-20 18:41:50 (ost. akt: 2013-04-20 18:40:32)

— Popularność dziś jest, jutro jej nie ma. Nie zależy mi na tym, żeby moje zdjęcie było gdzieś w gazecie. Jakbym tego chciał, to napadałbym na banki i staruszki. To łatwiejsze niż pisanie — mówi Andrzej Ballo, pochodzący z Lidzbarka Warmińskiego poeta, scenarzysta, autor sztuk teatralnych.

— Jak to się dzieje, że jest pan bardziej znany w innych zakątkach kraju, niż w naszym regionie?
— Jestem twórcą niezależnym. Nie jestem związany z żadnym środowiskiem, którego zresztą tutaj nie ma, ani nie pałam sympatią do tutejszych placówek kulturalno-oświatowych, które zajmują się bzdetami, a nie prawdziwą sztuką. Ostatnio odwołano w Lidzbarku Warmińskim monodram pani Emilii Krakowskiej, wcześniej z niezrozumiałych powodów odwoływano podobne imprezy z udziałem uznanych artystów. Wystarczy mi, że tutaj mieszkam (śmiech).

— Sugeruje pan, że mieszkamy na kulturalnej pustyni? Moim zdaniem tak źle nie jest.

— Wie pan, muszą być jakieś miejsca kultury, sztuki czy nauki, aby młody człowiek wiedział co jest dobre, co złe, co intrygujące, a co kiczowate. Młodym ludziom podaje się byle co, aby tylko wykazać inicjatywę, stworzyć pozory animacji kultury. Dziś młodzi nie potrafią odróżnić Mrożka od zwykłego dozorcy besztającego swoją żonę. Pisać mogę jednak właściwie wszędzie. Najchętniej wyjechałbym do Włoch. Jak już będę mógł godnie żyć z pisania, to zapewne tak zrobię. Teraz nie jest łatwo, tym bardziej, że jestem człowiekiem sarkastycznym, więc przy okazji pozwalam sobie na mówienie pewnych rzeczy wprost. A to co oddala mnie od dóbr i kas dysponentów naszej kultury.

— Może więc czasem warto ugryźć się w język?

— Ale po co? Jeżeli jestem artystą — a czasami nim jestem — to mogę, powinienem, a nawet lubię być odważny. Każdy z nas gdzieś się czasami naraża. Jak przejrzy pan historię sztuki czy literatury, to wszystkie postaci, które coś znaczyły, były odważne. Żeby coś zmienić — a literatura zmienia — potrzeba odwagi. To tak jak z kobietą: jak człowiek nie jest zdecydowany i odważny, to ponosi klęskę, bo nagle ktoś przed nami wyrwie tę laskę i przy okazji obrobi nam kieszenie.

— Przeglądając pana profil na Facebooku widać wielu fanów.

— Rzeczywiście mam ich sporo, nawet w Lidzbarku Warmińskim, chociaż moich książek nie ma w lokalnych bibliotekach i księgarniach. Widocznie nie mieszczą się na półce.

— Jak rozpoczął pan współpracę z Andrzejem Saramonowiczem (reżyserem m.in. "Testosteronu" i "Lejdis")?

— Andrzej czytał moje wiersze i jest chyba moim wielbicielem. Zaproponował współpracę. Piszę mu przede wszystkim dialogi do filmów. Wspólnie mamy robić też serial o literacie, który będzie miał różne perypetie z kobietami. Andrzej ma poza tym jako jedyny Polak podpisaną umowę z wytwórnią Warner Bros na pisanie fabuły. Pracuję w zespole scenarzystów. Ktoś pisze "drabinki", ktoś inny scenopis, ja dopisuję dialogi. Wygląda to tak, że Andrzej prosi mnie na przykład o napisanie kilkunastu propozycji dialogów mężczyzny i kobiety zaraz po seksie. Albo rozmowę księdza z grzesznikiem, czy dwóch sióstr itp.

— Jest zatem szansa, że nasz człowiek będzie miał wkład w hollywoodzką produkcję?

— Mam taką nadzieję. Opłaciłbym przy okazji rachunki (śmiech). Piszę też scenariusz Piotrowi Szwedesowi do filmu przygodowego i innym twórcom m.in. kina niezależnego. Napisałem teksty piosenek Michałowi Wiśniewskiemu na jego nową płytę. Współpracuję z Maciejem Łyszkiewiczem, byłym członkiem zespołu Leszcze. Piszę również, a właściwie napisałem, dwie sztuki teatralne specjalnie dla Agnieszki Wielgosz, aktorki niezwykle ekspresyjnej i charakterystycznej. Poza tym pisuję sztuki teatralne, skecze kabaretowe, felietony, artykuły, opowiadania.

— Jak wygląda pana zwykły dzień pracy?

— Wstaję wcześnie, bo około godziny szóstej i piszę różne teksty gdzieś do dziesiątej. Krótkie tekściki zawsze sonduję na Facebooku, gdzie je wrzucam i czekam na reakcję użytkowników. Potem czytam, oglądam filmy, wykonuje różne czynności związane z egzystencją. Ale nie zabijam i nie kradnę.

— Pytam, bo przypomina mi się serial "Californication", gdzie grany przez Davida Duchovnego pisarz Hank Moody cały dzień baluje, czasami tylko coś napisze, ale i tak jest gwiazdą.

— W Polsce ciężko jest sprzedać literaturę. Mógłbym pisać codziennie rzemieślniczo, ale tego nie robię. Zapisuję to, co niezbędne, nie znoszę patosu, bylejakości i pustosłowia. Zazwyczaj piszę wiersze, aforyzmy, zapisuję pomysły. Zawsze piszę bez poprawek metodą alla prima. Mam taką zasadę.

— Da się dziś z tego wyżyć?

— Wydawnictwo Barbelo podjęło próbę wydania mojego nowego tomiku. To będzie chyba pierwsza książka poetycka, która zostanie potraktowana marketingowo. Recenzję na okładkę napisali mi Janusz Leon Wiśniewski, Andrzej Saramonowicz i Grzegorz Skawiński. Książka będzie nawiązywała do facebookowej konwencji. Nawet tytuł brzmi "Lubię to".

— Jak wyglądały pana początki z poezją?

— Usiłowałem pisać wcześnie, już w szkole, ale koleje losu na pewien czas mnie od tego odwiodły. Myślę, że świadomość musi zgrać się z czasem. Umberto Eco też zaczął pisać blisko pięćdziesiątki. Podobnie nasza Małgorzata Kalicińska. Konglomerat doświadczenia, intelektu, emocji jest tu bardzo ważny.

— To kiedy pokochał pan książki?

— Imperatyw czytania, kontaktu z literaturą, zaszczepiła we mnie mama. Musiałem przeczytać określoną liczbę książek, a ona mnie nawet z tego przepytywała. Według jej definicji, człowiek światły musi umieć odróżnić Mahlera od Czajkowskiego, Dostojewskiego od Geneta, Caravaggia od Moneta. W dzieciństwie ściana mojego pokoju wyglądała tak, że pisałem zwroty łacińskie lub wyrazy, których nie rozumiałem, a potem uzupełniałem ich treść. Fajnie to wyglądało i szkoda, że zostało zamalowane. To były takie warmińskie freski z Lascaux (śmiech).

— Jednym z pana wierszy, które przeczytałem, była "Ostatnia wieczerza w KFC". Jest pan buntownikiem?

— Z wieloma rzeczami funkcjonującymi w naszym społeczeństwie nie zgadzam się. Nawet moje nazwisko świadczy o innej mentalności. Mój ojciec, którego rodzina pochodzi z Niemiec, nigdy nie mógł przyzwyczaić się do polskiej obyczajowości i estetyki. Tata Roland zajmował się architekturą i w pewnym sensie wykonywał wolny zawód i podobnie jak ja nie mógł się przekonać do wyznaczonego przez innych rytmu dnia, systemu wartości, sposobu spostrzegania rzeczywistości. Prezentuję dość skrystalizowany światopogląd w swoich wierszach, ale nie jest on ani ateistyczny, ani teistyczny. On jest gdzieś pomiędzy. Nie rozpatruję życia w kategorii wiary. Wiara jest według mnie dużym uproszczeniem dla tych, którzy nie chcą się zdobyć na inny wysiłek. Wiara wymaga odnośników, a ja ich nie lubię.

— To znaczy, że jest pan niewierzący?

— Najprawdopodobniej nie wierzę w Boga, w człowieka i w wiele rzeczy, które staram się jakoś zweryfikować, wytłumaczyć.

— W jednym z wywiadów powiedział pan, że nie wierzy też w szczęście. W przeznaczenie również?

— To, co sobie wypracujemy, jest nasze. Jesteśmy zdani na samych siebie. Ciężko znaleźć takich przyjaciół, którzy nam pomogą. Jestem bardziej bliski bergmanowskiej wizji świata. Całe to współczesne współczucie, przyjaźń, to rodzaj kokieterii. Jestem raczej realistą i naturalistą. Chociaż fajnie mieć złudzenia. I wiedzieć, jakie złudzenia nam są potrzebne.

— W dzisiejszych czasach poeci mogą jeszcze zmieniać świat?

— Mogą. Tylko dziwię się, dlaczego poezja nie jest popularna, skoro podawana jest w tak krótkiej, skondensowanej, jak sms, formie. Przecież niektóre wiersze można zapisać nawet w telefonie komórkowym. Widocznie fakt, że to zmusza to refleksji, jest faktem mocno zniechęcającym.

— Po książki sięga, niestety, coraz mniej osób. Tego już nie zatrzymamy.

— Umberto Eco powiedział kiedyś, że nie ma doskonalszego wynalazku, niż koło i książka. Książki, tak sam jak koła, nie da się udoskonalić. Książka będzie zawsze, przetrwa, bo te wszystkie nośniki elektroniczne zginą. Już nie można odczytywać starych dyskietek. Za kilka lat nie odczytamy pewnie pendrive'a. A czytać trzeba, bo pozwala to człowiekowi zrozumieć świat i się z nim oswoić, zrozumieć i odnaleźć.

— Aż tak bardzo odrzuca pan to, co nowoczesne?

— Nie mam nawet prawa jazdy. Nie nosiłem nigdy zegarka. Ale używam sztućców i nie sypiam w butach. Być może jestem człowiekiem mało nowoczesnym, bliżej mi chyba do barbarzyńcy. Ale korzystam z internetu.

— Jeden z pana fanów napisał: "Dobrze, że są ludzie tacy, jak ty, którzy ważą słowa zanim podadzą je do spożycia, pośród steku g...., jakim jesteśmy dzisiaj karmieni".

— Niemożliwe... Jestem ceniony w środowisku artystycznym, ale nie zależy mi na bzdurnej popularności masowej, bo ona nie ma żadnego wpływu na kulturę, ani nie rozwiązuje żadnych moich dylematów. Popularność dziś jest, jutro jej nie ma. Nie zależy mi na tym, żeby moje zdjęcie było gdzieś w gazecie. Jakbym tego chciał, to napadałbym na banki i staruszki. To łatwiejsze niż pisanie.

— Dlaczego? Przecież wiele osób marzy o byciu celebrytą.

— Nie chcę tracić czasu. Lepiej pisać, czytać, wędrować, uwodzić warmińskie kobiety. Moim ulubionym zajęciem są wędrówki po lasach i obserwacja zwierząt. Często wyruszam na takie czterogodzinne eskapady.

— Samotnie?

— Samotnie, bo kobiety rozpraszają i płoszą zwierzynę. Próbowałem raz jedną zabrać, to wracaliśmy po godzinie.

Rozmawiał
Rafał Bieńkowski
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (8) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. lans m65 #1061874 | 95.160.*.* 21 kwi 2013 08:15

    ciekawe czy kontraktówka

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Nomada #1061865 | 91.102.*.* 21 kwi 2013 07:43

    Artysta musi być głodny i zły. Ten Pan ma dobre początki, bowiem na pewno jest zły. Zły na wszystkich wokół, bo go nie uznają, nie karmią, nie zachwycają się nim, nie cytują. Myślę, że jak większość artystów będzie sławny po śmierci. Tylko, że ... szkoda życia!!!

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. michał #1061864 | 79.190.*.* 21 kwi 2013 07:30

    Placówki kultury w powiecie to porażka. W takim Barczewie np. lider domu kultury zajmuje się polityką i raz w miesiącu organizuje jarmark dywanów i rzeczy nikomu nie potrzebnych. Lokalne władze zrobiły sobie z placówek centra polityczno propagandowe.

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. allensteiner #1061815 | 88.156.*.* 21 kwi 2013 00:07

    Czy to tylko zamieszkanie w Lidzbarku utrudnia publikowanie w Warszawie czy w Nowym Jorku i godziwe życie z pisania? Sensowni ludzie potrafią godnie żyć w mniej sensownych miejscach niż Lidzbark.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-4) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  5. max #1061755 | 89.71.*.* 20 kwi 2013 22:23

    Jak to pustynia? Przeciez buduja kolejna galerie...

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

Pokaż wszystkie komentarze (8)