Niedziela, 25 czerwca 2017. Imieniny Łucji, Witolda, Wilhelma

Z diabłem się nie dyskutuje, bo się zawsze przegra

2013-04-13 07:40:36 (ost. akt: 2013-04-12 22:07:38)

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

— Młodość ma to do siebie, że ma ogromne siły witalne. Te siły trzeba gdzieś skumulować. Jeśli jest to muzyka, to wspaniale, ale jeśli w grę wchodzą używki, to jest gorzej. Zdarzało nam się wypić ciepłą wódkę czy wino węgierskie przed nagraniem. Nie stroniliśmy od alkoholu, ale nie byliśmy pijakami — mówi Krzysztof Krawczyk, który 4 maja wystąpi w Ełku.

— Dawno już u was nie byłem...

— O, jak słyszę, tęskni pan za Warmią i Mazurami?
— Mam piękne wspomnienia z Olsztyna i okolic. Żagle, spływy kajakowe, ale przede wszystkim to właśnie u was nagrywałem moją najlepszą płytę w historii, czyli "Warto żyć". Nagraliśmy to wspólnie z ekipą Norbiego.

— A może z naszym regionem kojarzy się panu jakaś ciekawa anegdota?
— Jakieś 10 lat temu byliśmy u was na żaglach. Kiedy dobiliśmy do brzegu, przybiegła do nas wycieczka licząca ze dwadzieścia osób. Krzyczeli: — O, Krawczyk! I wszyscy podlatują do mnie z kartkami, prosząc o autograf. Pomyślałem sobie: — Boże, przecież ja tu będę siedział ze dwie godziny, bo ładny tłumek się zleciał. A ponieważ w tej samej okolicy, w której graliśmy, jeździł cyrk z sobowtórami — był tam m.in. Wałęsa, Castro, Hitler, Monroe — to ja powiedziałem, że bardzo mi przykro, ale jestem tylko aktorem estradowym i sobowtórem Krzysztofa Krawczyka.

— I co, uwierzyli?
— Oczywiście! Powiedzieli, że skoro tak, to przepraszają. Niektórzy na wszelki wypadek poprosili jednak o autograf. Podpisałem się jako Nowak. Odeszli wszyscy z wyjątkiem małego, może 8-letniego chłopca. Patrzy na mnie i widzę, że mu łezka leci. Podchodzi i mówi: — Pan jest oszustem, pan jest Krawczykiem, pan ich wszystkich zrobił w konia! Upewniłem się, że wszyscy odeszli i sięgnąłem po płytę, zdjęcie i mu to podpisałem. Innym razem z kolei moja żona na łódce zaczęła trzeć nam ziemniaki na placki. Ewa smaży te ziemniaki, a tu nagle zaczynają do nas podpływać inne żaglówki. Ja na wszelki wypadek się schowałem. Oni chcieli, żebyśmy im te placki sprzedali, bo tak pięknie pachniały. To był sukces mojej żony, która zapachem ściągnęła połowę turystów z jeziora.

— A co teraz u pana słychać?
— Wie pan, w tym roku mam dwa piękne momenty. Pierwszy to 25-lecie ślubu kościelnego z moją piękną, mądrą i ukochaną żoną Ewcią. I to już niedługo, bo w drugiej połowie kwietnia. A drugi to, oczywiście, 50 lat mojej obecności na estradzie, a to przecież kawał czasu. Zresztą podobnie będzie nazywała się też nowa płyta: "Pół wieku człowieku". Znajdą się tam utwory kojarzone z moimi najlepszymi latami, ale też chwilami, które były dla mnie czerwonym światełkiem.

— Czyli cały czas jest pan bardzo zajętym człowiekiem?
— Ostatnio natężenie koncertów jest mniejsze, więc nie jestem teraz aż tak bardzo zajętym człowiekiem. Poza tym we wrześnie będę miał 67 lat, dlatego trzeba sobie tę pracę nieco stopniować.

— To jak wygląda pana zwykły dzień, kiedy nie ma koncertów?
— Skupiam się często na sportowych zajęciach w domu i cieszę się tym, że wszyscy bliscy są zdrowi.

— Jakie zajęcia domowe najbardziej lubi Krzysztof Krawczyk?
— Próbuję podtrzymać kondycję fizyczną. W swoim kąciku sportowym jeżdżę na rowerze stacjonarnym, który mierzy mi puls. Żeby nie przesadzić.

— Ile kilometrów dziennie pan przejeżdża?
— Nie wiem, ale potrafię zgubić około 400 kalorii w trakcie 45 minut jazdy. Ale muszę powiedzieć, że zaczynałem od 5 minut. Ćwiczę też z ciężarkami. Bardzo bym ryzykował, gdybym nie dbał o kondycję. Mając te lata, inaczej nie można. Trzeba zachować przecież pewną giętkość i twardość mięśni. Moje 50 lat pracy było bowiem dla mnie jak bieg przez płotki. A to to trzeba było załatwić, a to tę stację przekonać. Dzisiaj, na szczęście, nie muszę już nikogo przekonywać. A jeśli chodzi o inne prace domowe, to czasami angażuję się w prace kulinarne. Niestety, ważę 15 kilogramów za dużo, ale jak ktoś mówi, że jestem otyły, to odpowiadam, że jestem smakoszem. Do tatara piwko, do śledzika jedna wódeczka. Jak to mówią, trzeba żyć. Każdy dzień może być przecież ostatnim.

— Jest pan na scenie już 50 lat. Po takim czasie to właściwie pan już nic nie musi robić.
— Ależ muszę robić! Nagranie każdej płyty jest ogromnym przeżyciem i sprawdzianem możliwości wszystkich, którzy są w to zaangażowani. Staramy się nagrywać coraz więcej z instrumentami "żywymi", chociaż dziś często się od tego odchodzi kosztem np. efektów klawiszowych. Przykładem może być płyta nagrana w Olsztynie. Grali wtedy ze mną znakomici ludzie. Ta płyta brzmi bardzo dobrze. Jest tam niepowtarzalny, potężny chór. Pod wieloma względami jest to moja najlepsza płyta.

— A co pan sądzi o dzisiejszych polskich wykonawcach? Dziś chyba znacznie łatwiej jest się przebić, bo ułatwiają to dziesiątki programów telewizyjnych. Ale czy zawsze ilość przekłada się na jakość?
— Ma pan dużo racji, ale mamy naprawdę dużo talentów. A to, że one giną, to wielokrotnie nie jest to wina samego wykonawcy tylko braku opieki menedżerskiej. Nie mamy wielu menedżerów z prawdziwego zdarzenia. Część z nich zapewnia, że jak się chociaż raz zabłyśnie w telewizji, to zostaje już tam na całe życie. A to nie prawda. Trzeba o to walczyć. Poza tym, według mnie, młodzi mają jednak trudniej. Myśmy mieli trzy stacje radiowe i dwie telewizyjne, które każdy z nas oglądał. Dziś, żeby było głośno o jakimś wykonawcy, musi on zaistnieć albo w bardzo popularnym show, albo mieć ogromne szczęście i menedżera, który cały czas będzie mu coś wymyślał. Tak jak mój Andrzej Kosmala. Trzeba mieć bardzo dobry sztab ludzi. Moja żona Ewa jest kierownikiem zespołu. Łącznie są w nim cztery osoby, które koncentrują się na jednym wokaliście. Taką sytuację ma jednak chyba tylko mój albo starsze roczniki. Młodzi mogą trafić czasami bardzo źle. Jak ktoś jest dobrą lokomotywą, to ciągnie te wagony, dlatego o takiego wokalistę trzeba dbać.

— Był pan świadkiem wielu zmian w muzyce na przestrzeni lat. Teraz cały ten biznes wygląda zupełnie inaczej. Muzyka poszła w dobrą stronę?

— Idzie w tę stronę, którą lansują zachodnie media. Odbywa się to teraz chyba niezależnie od nas. Mam jednak nadzieję, że nie zginie ten nurt muzyki melodyjnej, którą łatwo można złapać i przy której można się też wzruszać. Największy procent dzisiejszej muzyki to jednak muzyka taneczna, dyskotekowa. Dancingów jest już coraz mniej. Dla mnie muzyka jest albo dobra, albo zła. Najlepsza jest ta, przy której się wzruszę, która mnie poruszy. To wszystko czuć w środku. Ale jest też tak, że przesłucham jedną czy dwie piosenki i wiem, że tej płyty nie kupię, bo autor nic mi nie oferuje. Najbardziej martwi mnie to, że dziś młodzi nie zwracają uwagi na sprawy duchowe w czasie tworzenia. A one przecież decydują, jak będziemy brzmieli w studiu. Jeśli ktoś chce wypaść szczerze, to powinien odnieść to np. do swojej wiary. My przed nagraniami wspólnie modlimy się, prosimy o siły.

— W młodości nie zawsze chyba tak u pana było.
— Młodość ma to do siebie, że ma ogromne siły witalne (śmiech). Te siły trzeba gdzieś skumulować. Jeśli jest to muzyka, to jest wspaniale, ale jeśli w grę wchodzą różne używki, to jest gorzej. Zdarzało się wypić ciepłą wódkę, czy wino węgierskie (bo żadnego innego nie było) przed nagraniem. My też nie stroniliśmy od alkoholu, ale nie byliśmy pijakami. Tymczasem w tym zawodzie bardzo łatwo wpaść. Nie brakuje narkotyków, grzybków halucynogennych, pigułek w każdym kolorze, które można znaleźć w każdej dyskotece. Cuda niewidy po prostu. Można dać komuś różne tabletki, a dziewczyna nie będzie nawet wiedziała, co się dzieje. Obróci się taka na chwilę, a w jej drinku ląduje okropna chemia. Potem powoduje to wielkie tragedie. Ja sam byłem w Stanach Zjednoczonym lekomanem, ale byłem akurat w kraju, gdzie leki były bardzo dostępne. Miałem zresztą lekarza lekomana. I wpadłem w taki ciąg, bardzo niebezpieczny. W Polsce też staje się to modne, bo ludzie coraz częściej przesadzają. Jak z Amerykanami popalaliśmy haszysz, to graliśmy w klubie utwory nawet po 10 minut i nam się wydawało, że to świetne. A dlatego, że na haju był cały klub łącznie z publicznością, dlatego wszystkim się podobało. Ale później, tak samo jak po wódce, jest kac. Pan Bóg mnie jednak upilnował.

— Widzę, że nie wstydzi się pan o tym opowiadać.
— Nie wstydzę się i specjalnie mówię o tym głośno. Może młodzi ludzie przeczytają, że czynienie zła ciągnie zło. To jest jak magnes. Jeśli jednak człowiek bardzo koncentruje się na czynieniu dobra, to rośnie wtedy fajna osoba, która coś osiągnie. A tak to się słyszy: — O, będę piękny, bogaty, z kupą samochodów, dziewczynek. Trzeba robić karierę! Oczywiście, to są jasne strony tego zawodu. Ale życie nie składa się tylko z przyjemności. Jeśli ktoś tak robi, to jest zwykłym hedonistą.

— Na przestrzeni lat zmienili się też fani. Dziś w dobie internetu nie brakuje plotek i oszczerstw. Pan też często wojował z brukowcami.

— Wie pan, psy szczekają, karawana idzie dalej. To kwestia kultury osobistej. Dzisiejszy świat zliberalizował wiele rzeczy. Hulaj dusza, piekła nie ma, róbta co chceta — te wszystkie hasła znamy. To idzie w złym kierunku.

— Ma pan przyjaciół?
— To wielkie słowo. Największym jest na pewno moja żona. Zaraz po niej mój menedżer, producent i ci, którzy pomagają mi w karierze. Cały zespół składający się z dwunastu osób.

— A to prawda, że nawet w domu zwraca się pan do żony: kierowniczko?
— No tak, bo pani kierowniczka tutaj rządzi. Ma temperament.

— Czyli w małżeństwie Krawczyków to ona rządzi?
— Poważne decyzje podejmujemy raczej wspólnie, natomiast w sprawach typowo domowych Ewa jest kierowniczką. Ale wspaniale się uzupełniamy i tego życzę każdemu. W kwestii racji, my, Polacy, jesteśmy jednak trochę walnięci. Często aż zgrzytam zębami, kiedy oglądam telewizję i widzę, że wszyscy na wszystkim się znają. Jakaś piosenkarka, polityk czy biznesem mówią o wszystkim. Twierdzą, że wszystko wiedzą. To aż obrzydliwe. Ja wypowiadam się ostrożnie. Wypowiadam się na temat, o którym coś wiem, o którym coś przeczytałem. A jeśli chodzi o poglądy, to jestem trochę lewicowcem, trochę prawicowcem.

— To musi mieć pan duży dylemat podczas wyborów.
— Dopóki nie zmieni się system wyborczy, to chociaż chodzę do urny, to tak naprawdę nie głosuję. Jeśli nie będzie jednomandatowych okręgów wyborczych i będę wiedział na kogo głosuję, to wtedy te wybory będą prawdziwe. Teraz mój głos nie ma znaczenia. Poza tym politycy w ogóle się nami nie interesują. Mój znany i zaangażowany politycznie kolega na pytanie, co to jest ta polityka, odpowiedział mi, że to jest tak, że dostajesz na talerzu ekskrementy i wszyscy mówią: — Ojej, jakie to dobre i pyszne! To zwykłe zakłamanie. Są jednak oczywiście i wartościowi ludzie, którym zależy na kraju. Ale jest ich mało. Więcej jest tych, którzy za nic mają poszanowanie innego człowieka. Dlatego w wielu krajach pozwala się na aborcję, co jest przerażające. Ja wierzę w Boga, ale wiem też, że istnieją demony, które ciągną człowieka do zła. W każdej wierze jest jednak koło ratunkowe, które może pomóc nam przezwyciężyć zło. Można być człowiekiem, ale nie zawsze się to udaje. Kiedyś Wojciech Cejrowski fajnie powiedział, że z diabłem się nie dyskutuje, bo się zawsze przegra.

— Pan też przegrywał?
— Nie raz, nie dwa. Człowiek bez przerwy z tym walczy. Dlatego trzeba wierzyć w zmartwychwstanie Jezusa, rozumieć dekalog. Wierzę w to i wcale nie jestem żadnym dewotem.

Rafał Bieńkowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB