Poniedziałek, 19 listopada 2018. Imieniny Elżbiety, Faustyny, Pawła

Na listę bezrobotnych trafili 20 lat temu. Wciąż są bez pracy

2013-04-12 09:58:59 (ost. akt: 2013-04-12 10:00:56)

Autor zdjęcia: Grzegorz Wadowski

Mariola Dąbrowska zapisała się na listę bezrobotnych 22 lata temu. Tkwi tam do dzisiaj. Stanisława Litwińska po 20 latach w rejestrze machnęła ręką i wypisała się stamtąd na własne żądanie. Co robią dzisiaj bezrobotni zarejestrowani jako pierwsi, kiedy powstawały wydziały zatrudnienia?

Stanisława Litwińska z Galwieci pod Gołdapią ma 60 lat i świadomość, że nikt już jej nie zatrudni. Ale kiedy rejestrowała się w wydziale zatrudnienia na początku lat 90. ubiegłego wieku, miała nadzieję na inne życie.

— Pracowałam, jak były PGR-y. Trzy lata. Potem byłam na urlopie bezpłatnym, bo urodziłam dzieci. Byłam też na macierzyńskim na jedną córkę na wychowawczym. I bardzo dużo pracowałam na dochodząco — opowiada Litwińska.

Czyli jak, na czarno? — No nie, mnie się wszystko w lata pracy wlicza. To było po trzy, cztery miesiące pracy. Dorabiałam, ale teraz nie ma już nic — mówi pani Stanisława i liczy na to, że uda jej się uskładać lata składkowe do choćby najniższej emerytury.

— Parę lat mam. Może by wyszło. Bo to teraz te wymogi — dodaje. Przez dwadzieścia lat czekała, aż ktoś zechce ją zatrudnić. Oferty pracy, jak mówi, niby były, ale jak się szło, to nie przyjmowali. Bo albo już kogoś mieli, albo co innego.

— A dzisiaj to się oglądają za młodymi — mówi o pracodawcach. Dwa lata temu przestała jeździć do urzędu pracy i podpisywać listę.

— A bo się zdenerwowałam. Mnie nie chodziło o ubezpieczenie tylko o pracę. A jak tej pracy ciągle nie było, to ze złości się wypisałam — tłumaczy. Dzięki tej decyzji liczba bezrobotnych w powiecie gołdapskim zmniejszyła się o jedną osobę, a pani Stanisława dopisała się do ubezpieczenia pracującego męża. Podkreśla, że problemem nie były dojazdy do Gołdapi, do której z Galwieci jest parę kilometrów. I mówi, że po 20 latach w rejestrze bezrobotnych zobaczyła bezsens podpisywania listy.

— Teraz jestem na utrzymaniu męża. Taki finał — dodaje.

Dla kogo ten świat?


18 lipca 1990 rok, moja rejestracja — tę datę na poczekaniu recytuje z pamięci Bożena Ziemska z Mrągowa. Liczy każdy rok, bo to dla niej ważne.

— Przez 23 lata robili mi tylko kursy. Dopiero w tym roku wypłakałam u pani burmistrz interwencję — mówi Ziemska o pracach interwencyjnych. Chodzi po mieście z workiem i zbiera śmieci. Wiadomo, że to nie na stałe, tylko na pięć i pół miesiąca. I ta wiedza jest najgorsza. Ma skończone pięćdziesiąt lat i nie ma lat pracy, żeby dostać emeryturę.

— Może jej w ogóle nie dożyję — dorzuca rozgoryczona.

Wcale nie jest tak, że tylko czeka, żeby ktoś jej coś dał. Na tym prawie ćwierćwiecznym bezrobociu robiła, co tylko przyszło jej do głowy, żeby zwiększyć swoje szanse. Skończyła na przykład ogólniak, żeby móc zrobić kurs obsługi kas fiskalnych. Bo marzyła o pracy w sklepie.

— W młodości tak pracowałam, ale wtedy nie było kas fiskalnych. Na papierze się liczyło — opowiada. Pani Bożena ma świadomość, że podobna sytuacja jest nie tylko w Mrągowie. Rodzina na Śląsku też raz pracę ma, raz ją traci. I tak w kółko. Ogólnie, mówi, źle.

— Trzy lata temu pochowałam syna. Mam jeszcze córkę. Bardzo chciała studiować. Ale nie może, bo nie ma za co — opowiada, ledwo panując nad łzami. Córka, chociaż młoda, też nie może znaleźć pracy.

— To świat ani dla młodych, ani dla starych — mówi.

Trzeba rozmawiać z ludźmi


— Wszystko może pomóc, każda aktywność — przyznaje Krystyna Kabat, która na początku lat 90. zarejestrowała się jako bezrobotna w wydziale zatrudnienia Urzędu Miasta w Mrągowie. Czasy, wiadomo, prywatyzacji zakładów. Jej zakład gospodarstwa rolnego zlikwidowali, kiedy jako młoda 23-letnia mama była na urlopie macierzyńskim.

— Muszę przyznać, że jakoś specjalnie wtedy tej pracy nie szukałam. Miałam dwoje małych dzieci. Ale pytałam, chodziłam, żeby zatrudnili, od zakładu do zakładu, ale miejsc pracy było niewiele, a ja jako bezrobotna ze średnim wykształceniem ginęłam w tłumie podobnych do mnie — opowiada pani Krystyna.

Pewnego dnia została skierowana do Urzędu Miasta na prace interwencyjne. Do pracy za biurkiem.

— Zajmowałam się wtedy zasiłkami dla osób bezrobotnych — śmieje się dzisiaj, bo sama wtedy była bezrobotna. — Widziałam tych ludzi, bo do mnie przychodzili. Miałam świadomość tymczasowości swojego zajęcia. Dlatego bardzo swoją pracę szanowałam i postanowiłam walczyć o to stanowisko.

Nie bardzo wiedziała jak się walczy, więc na początek zaczęła się uczyć. Poszła na kurs komputerowy, choć w komputery mało kto wtedy wierzył. I zaczęła szkołę pomaturalną. Ta szkoła, poza świadectwem ukończenia, dała jej coś jeszcze: uprawnienia do usługowego prowadzenia ksiąg rachunkowych. Z perspektywy czasu ocenia, że właśnie to jej bardzo pomogło. Ciągle pracując w urzędzie, otworzyła też swoje biuro rachunkowe. Miała już dwoje dzieci i zdecydowała, że teraz czas na studia.

— Trzeba było wiele zachodu, żeby to wszystko zorganizować. I dom, i studia i jeszcze utrzymać pracę w urzędzie. Ale od kiedy zorientowałam się, że ciągłe doszkalanie się pomaga, nie poprzestałam do dzisiaj — mówi.
Jest więc absolwentką dwóch warszawskich uczelni, na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim uzyskała uprawnienia audytora na podyplomówce.

— I jeszcze się szkolę, a co mi tam — śmieje się Krystyna Kabat. — Jak bym oczekiwała tylko na to, żeby mi ktoś coś dał, to do dzisiaj bym tak siedziała na tym bezrobociu. Mam swoje przemyślenia i doświadczenia. I wiem, że trzeba dążyć do celu. Coś jeszcze jest ważne: nie tylko praca zarobkowa. Wiem, co mówię, bo od lat działam w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Takie zajęcie rozszerza horyzonty. Ważne są rozmowy z ludźmi i chęć pomocy nie tylko sobie, ale i innym.

Jak ktoś chce, to znajdzie


Małgorzata Mioduszewska z Gołdapi zarejestrowała się 31 sierpnia 1990 roku.

— Akurat skończyłam szkołę. Wtedy było jasne, że pracy nie ma. Transformacja, wszystko było niepewne — opowiada. O tym, że mogą się zarejestrować jako bezrobotni, uczniowie dowiedzieli się od swojej nauczycielki, która żegnała ich, kiedy kończyli szkołę. Poszła więc i Małgosia. W głowie miała tylko wakacje, bo i tak nie liczyła na to, że pójdzie do pracy. Aż — po miesiącu — dostała wezwanie do wydziału zatrudnienia.

— Przyszłam i ówczesna kierowniczka zaproponowała mi pracę. Musiałam się zastanowić, zanim odpowiedziałam, że ją przyjmuję. Byłam wtedy w szoku. Wszyscy mówili, że tak o tę pracę trudno — wspomina Mioduszewska. Jako bezrobotna dostała zasiłek w wysokości 484 tys. zł. A po podpisaniu umowy zarabiała 600 tys. zł.

— Mogłam bez wysiłku pobierać zasiłek chyba do pół roku czy do roku. Różnica w kwotach była niewielka. Ale nie patrzyłam wtedy na pieniądze, tylko na to, że mogę podjąć pracę. Skończyłam studium ekonomiczne, praca odpowiadała moim aspiracjom — mówi.

Dziwnie to była, bo ona w studium już wiedziała, jak się pisze na elektronicznych maszynach. A w urzędzie cudem techniki nadal była kalka. Księgowa liczyła na liczydłach. Losy wydziału zatrudnienia zmieniały się. Teraz jest to Powiatowy Urząd Pracy. A w nim do dzisiaj pracuje Małgorzata Mioduszewska. I obserwuje tych, którzy są teraz w miejscu, w którym ona była w ubiegłym wieku.

— Jak ktoś chce dzisiaj, to pracę znajdzie. Młodzież jest dzisiaj inna, bardziej odważna. Ja taka nie byłam, my tacy nie byliśmy. Mówi się o powiecie gołdapskim, że tak tu ciężko. Owszem, łatwo nie jest, ale mamy oferty pracy. Jak nie w kraju, to za granicą. To od ludzi zależy, czy wezmą swoje życie we własne ręce i będą za nie odpowiedzialni, czy też będą czekali na to, co dostaną od losu — uważa.


Będzie praca, coś wymyślę


Mariola Dąbrowska z Marksewa koło Szczytna jak ponad 20 lat temu zapisała się na listę bezrobotnych, tak figuruje na niej do dzisiaj. Skończyła kurs małej gastronomii, raz miała staż w hotelu. I to by było na tyle.
— Ale wie pani, może będę pracowała — mówi nieśmiało, jakby nie chcąc zapeszyć. — Pomaga mi pani z urzędu pracy i może będę sprzątała klatki schodowe. Na etacie!

Ma dwoje szkolnych dzieci, (kolejnych troje już na swoim), a one rentę po mężu. Ma zasiłek dla samotnej matki i zasiłek rodzinny. Razem 1300 zł na miesiąc. Najbardziej jednak marzy o pracy.

— Do Szczytna mam piętnaście kilometrów. Ale to nie problem, zawsze jakoś dojadę. Jest autobus, a jak nie, to ludzie dojeżdżają. Mogę dorzucić się do paliwa i z kimś jeździć. Jak będzie praca, to coś wymyślę — zapewnia.
Skończyła zawodówkę krawiecką. Ale w tym zawodzie się nie widzi. W urzędzie pracy figuruje od września 1991 roku. To był taki dziwny czas, bo w urzędzie dla bezrobotnych w Szczytnie zarejestrowane były do 1993 roku tylko cztery osoby. W tym pani Mariola.

— Całe życie było ciężko. Mam kochane dzieci. W dodatku gdybym ich nie miała, to bym nie miała za co żyć — mówi wprost. — Ale może to się skończy. Może będę pracowała...

Konkurs na sprzątanie klatek schodowych wkrótce będzie rozstrzygnięty.

Małgorzata Kundzicz
m.kundzicz@gazetaolsztynska.pl
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (8) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Katolik #1058354 | 92.72.*.* 17 kwi 2013 18:02

    Czasy kiedy po pracowników przyjeżdżały auta ciężarowe z uzbrojonymi żołnierzami dla ich ochrony to już historia.Teraz o pracę w Niemczech to chyba trudniej niż w Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.Jednak przez te 20 lat to można było nauczyć się języka nie tylko niemieckiego ale i paru innych łącznie z amerykańskim. To tylko mity ,że oni mają wszystko porobione i żadnych pracowników nie potrzebują.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-1) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Olszyniak #1054906 | 88.156.*.* 14 kwi 2013 13:50

    UP powinny być zreformowane, żeby były skuteczne i rzeczywiście zajmowały się pośrednictwem pracy, a nie prowadzeniem statystyk ( od tego jest GUS). Zresztą każdy wie, że UP to siedlisko żonek, kochanek, córek panów radnych, polityków, urzędników UM itp. bo gdzie ich żoneczki będą pracowały?Czy przez UP ktoś znalazł pracę, czy jest taka osoba w kraju? Przecież większość tych tam zatrudnionych pań, panów dostała posadki po znajomości, zresztą same panie doradcy zawodowi, pośrednicy radzą bezrobotnym, że najskuteczniej znaleźć pracę właśnie po protekcji. Uważam, że tym urzędnikom powinni wprowadzić pensje uzależnioną od wyników tj. jeśli skierują osobę bezrobotną do pracy i ta osoba dostanie faktycznie te pracę a nie że siedzą sobie tylko i nic, za siedzenie im płacą, ponieważ faktycznie żadnego efektu nie ma.Jestem zadania, że UP to marnowanie państwowych pieniędzy, które mogłyby być spożytkowane na rzeczywistą i realną walkę z bezrobociem, ale czy ktoś w tym kraju tego chce? Czy ktokolwiek chce w tym kraju walczyć z bezrobociem naprawdę?UP powinny być zlikwidowane lub zreformowane. Skoro są agencje pośrednictwa pracy przez które ktoś tam znalazł pracę dobrą czy byle jaką, ale znalazł to po co mają istnieć UP?W Polsce nie walczy się z bezrobociem, bo gdyby tak było, to już widać było by efekty realne, a nie ukryte, nie medialne, ale rzeczywiste.

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Przedsiębiorca #1053010 | 79.190.*.* 12 kwi 2013 18:54

    Tak biadoląc daleko nie zajdziecie. Na swój los trzeba zapracować.

    Ocena komentarza: poniżej poziomu (-3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. Marek #1052686 | 46.186.*.* 12 kwi 2013 13:56

    Hahahaah.Byłem niedawno w urzedzie pracy a tam numerki trzeba brać i jeszcze z podłogi je zbierać bo spadają na podłoge a do urzędnika wzywa IVONA z internetu AHAHAHHAAH

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  5. Stropi #1052611 | 109.241.*.* 12 kwi 2013 12:47

    Rozpędzić te baby z urzędów pracy w 4 strony świata by swoim lenistwem i brakiem organizacji nie tworzyły skupisk. Oddać budynek dla przedsiębiorców i wreszcie wszyscy zyskają!

    Ocena komentarza: warty uwagi (6) ! - + odpowiedz na ten komentarz

Pokaż wszystkie komentarze (8)