Piątek, 21 września 2018. Imieniny Darii, Mateusza, Wawrzyńca

Olsztyńskie słoiki zarabiają w Warszawie

2013-03-29 15:14:19 (ost. akt: 2013-03-29 17:10:14)

Autor zdjęcia: Michał Kraszewski

Naczelny Słój Warszawy nazywa się Tomasz Sadowski, pochodzi z Białej-Piskiej, studiował na Uniwersytecie Warszawskim i pracuje w firmie marketingowej. To on założył stronę Warszawskie Słoiki, która liczy prawie 6 400 fanów. Kim są słoiki? To ludzie, którzy do stolicy przyjechali i tu zostali, ale nadal przywożą z domu wałówkę. Najczęściej w słoikach.

— Określenie to pojawiło się gdzieś na przełomie 2010 i 2011 roku, ale od kilku miesięcy stało się bardzo popularne — mówi Tomasz Sadowski, założyciel strony Warszawskie Słoiki na Facebooku.

Strona powstała w lutym 2011 roku. Lubi ją prawie 6400 osób. Wpisy i linki mają charakter żartobliwy. Na zdjęciu w tle są cztery słoiki, między innymi z kiszonymi ogórkami i z sałatką jarzynową. Fani też wrzucali zdjęcia przywiezionych z domu domowych zapasów — pierogów, pieczonych mięs, kiełbas i oczywiście przetworów w słoikach. Teraz Sadowski ogłosił pierwszy konkurs na Miss Słoików. Musi oczywiście pochodzić spoza Warszawy.

— Moim zdaniem lepiej być „słoikiem” niż rodowitym warszawiakiem — mówi Sadowski. — Ludzie, tacy jak ja, mają podwójną, bogatszą tożsamość.

Blichtr i gniazdowniki
Ale na forach internetowych można znaleźć wiele wypowiedzi pełnych pogardy wobec słoików — że brak im kultury i obycia, że nie umieją jeździć po Warszawie, że to przez nich są korki. — Szukają tu łatwiejszego zarobku i blichtru stolicy, pożądają uznania, władzy i apanaży — można przeczytać na blogu Oszukani.eu, w tekście zatytułowanym „Udawani Warszawiacy. Nowi Warszawianie opanowali miasto” (pisownia oryginału). — Warszawa traci na tym zjawisku, zyskują małe miasteczka i wsie, pozbywając się ludzi o nie najciekawszych charakterach — dowodzi autor.
— Sytuacja na rynku pracy się pogorszyła, a w takiej sytuacji zawsze szuka się winnych — tłumaczy niechęć do „słoików” Sadowski.

Czy rzeczywiście w Warszawie się pogorszyło? — Bezrobocie wzrosło z 3 do 4,4 procent — mówi Monika Zakrzewska, ekspert rynku pracy w Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan, urodzona w Olsztynie, mieszkająca później od Elblągiem i przyznająca się do statusu „słoika”. — To może niewiele w porównaniu z Warmią i Mazurami, ale wzrost jest zauważalny. W Warszawie bez pracy jest 50 tysięcy osób, ale 30 procent z nich nie ma żadnego zawodu. Wśród bezrobotnych jest niewielu absolwentów wyższych uczelni. Może to dlatego, że oni akurat niechętnie rejestrują się w urzędach pracy.
Monika Zakrzewska dodaje, że wrogo nastawieni do przybyszów z innych miast mogą być warszawiacy, niezadowoleni ze swojej życiowej sytuacji. — „Słoiki” są zdeterminowane, ambitne i przebojowe, bo muszą, a warszawskie „gniazdowniki”, którzy mieszkają z rodzicami, niekoniecznie. Mogą liczyć na ich pomoc — wyjaśnia.

Nie ma po co wracać
Kolegą z pracy Sadowskiego jest Błażej Kraszewski z Olsztyna. Uczył się w II LO i V LO. Jest absolwentem Polsko-Japońskiej Szkoły Technik Komputerowych w Warszawie. Mówi, że kiedyś woził słoiki, teraz już raczej nie. — Do Warszawy przyjechałem, by kształcić się na dobrej uczelni, jakiej w Olsztynie nie było — opowiada. — Przez pierwsze cztery lata miasto nie podobało mi się. Ale mam tu dobrą pracę. Kupiłem mieszkanie i ściągnąłem narzeczoną. Zresztą większość naszych przyjaciół i znajomych również mieszka w Warszawie. Właściwie do Olsztyna nie mam po co wracać.

Dla Kraszewskiego zaletą życia w stolicy jest różnorodność i możliwość wyboru spośród wielu galerii handlowych, kin, pubów i klubów. — A nawet kręgielni — dodaje. — Tu jest powiedzmy 10, a w Olsztynie jedna. W stolicy odbywa się większość koncertów zagranicznych gwiazd. Tutaj nagrywane są programy telewizyjne, a my braliśmy udział w wielu realizowanych „na żywo”. Ponadto w Warszawie odbywa się cała masa spotkań poświęconych biznesowi, informatyce czy ekonomii, zatem każdy znajdzie coś dla siebie. To samo dotyczy profesjonalnych kursów i szkoleń, w których można wręcz przebierać.
Magdalena Busler, narzeczona Błażeja, najbardziej lubi jej kosmopolityzm. — Poczynając od restauracji prowadzonych przez obcokrajowców po spektakle teatralne ukazujące inne kultury — tłumaczy. — Oczywiście jako kobieta bardzo cenię sobie również mnogość galerii handlowych i wysokie przeceny. W Warszawie jest większa konkurencja niż w Olsztynie, a co za tym idzie większa ilość atrakcyjnych ofert.

Błażej przyznaje jednak, że jego marzeniem jest dom pod Olsztynem. — Las i jezioro oczywiście — mówi. — Gdybym miał pracę, która wymagałaby dojazdów do Warszawy dwa lub trzy razy w tygodniu, chciałbym tak żyć.

Kraszewskiego określenie „słoik” nie boli. — Takich ludzi, jak ja, jest bardzo wielu — podkreśla. — I my też tworzymy Warszawę.

Mit przesadzony
„Słoikiem” jest Ryszard, lat 28 lat, absolwent I LO w Olsztynie i Uniwersytetu Warszawskiego, urzędnik państwowy. — Dogmat o Warszawie jako o miejscu, skąd pochodzi wielkomiejska burżuazja, uważam za przesadzony — twierdzi. — Wielu moich „słoikowych” znajomych na studiach sprawiało wrażenie bardziej obytych z życiem niż ci z Warszawy. Wyjeżdżając na studia do Warszawy w zasadzie od razu zakładałem, że tu zostanę. Tak też się stało, praca w sektorze, w którym pracuję, jest w Olsztynie niemożliwa. Początkowo wielkość miasta była przytłaczająca, ale to można spokojnie opanować. Ponieważ całkowicie zmieniłem środowisko, koniecznością było zawarcie nowych znajomości, co nie było trudne i okazało się trwałe.

Z dziwacznego interioru
Joanna, absolwentka I LO, pracująca od ponad 10 lat w różnych organizacjach pozarządowych w stolicy, wymyśliła sobie wyjazd do Warszawy na przełomie podstawówki i liceum. — Podobał mi się pomysł mieszkania w większym mieście, tempo, ludzie z różnych stron, ciekawsze życie kulturalne — opowiada. — Ale też to, że perspektywy znalezienia ciekawej pracy były znacznie większe, a przez to przyszłość wydawała się mniej przewidywalna. Warszawiacy mogą śmiać się ze „słoików”, ale podczas studiów trochę nam zazdrościli. My mieszkaliśmy sami, w akademikach, z innymi młodymi ludźmi, a oni byli ciągle z rodzicami. Nas nikt nie pytał, kiedy wrócimy. Nasza motywacja do szukania sposobu dorobienia sobie była też większa, bo przecież nasze rodziny utrzymywały dwa gospodarstwa domowe, to właściwe i to studenckie. Nie uważam, żebyśmy czuli się gorsi. Wielu ze znanych mi „słoików” przełomu lat 90. i dwutysięcznych zostało w Warszawie. Rodowici warszawiacy nigdy tego nie przyznają, ale dzięki przyjezdnym Warszawa jest fajniejsza, ma ciekawszy kapitał kulturowy. Oni są z „wielkiego miasta”, a my — może z dziwacznego w swych zwyczajach — interioru. Ale to my widzieliśmy więcej świata, szybciej byliśmy mobilni, mamy za sobą doświadczenia z różnych środowisk. Wcześniej podjęliśmy spore ryzyko. „Słoiki” bywają bardzo odważne, bo jeśli im nie wyjdzie w Warszawie, to bez zaplecza w postaci rodziny czy mieszkania, planem B jest jedynie powrót.

Pionierzy migrowania i ogórki
Prof. Wojciech Łukowski z Giżycka, pracownik Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, zajmujący się migracjami, przyznaje, że spełnia wszelkie kryteria bycia „słoikiem”. — Nadal, mimo wielu lat mieszkania w Warszawie, czuję się mocno związany z Giżyckiem — mówi. — Przejawia się to takimi drobiazgami, jak nalepka z herbem Giżycka na samochodzie, powitaniem w telefonie komórkowym, wskazującym skąd jestem, przywożeniem z Giżycka znakomitych warzyw i owoców. Sadzę, że na zjawisko, o którym mówimy, można spojrzeć w szerszej perspektywie współczesnych migracji zagranicznych, w tym migracji z Polski. Znaczna ich część przebiega w taki sposób, że obecność w Anglii czy Irlandii nie prowadzi do wygaszania więzi z miejscem pochodzenia w Polsce. „Słoiki” można zatem uznać, za pionierów takiego sposobu migrowania.

Pytam Tomasza Sadowskiego, czy zamierza coś zrobić z potencjałem, jaki zgromadziła jego strona. — Nie wiem, czy ludzie ci byliby skłonni do jakiejkolwiek aktywności — odpowiada. — Ale może powinniśmy zorganizować marsz „słoików”, ze słoikami jako symbolem? — żartuje.

Szklanych rekwizytów na pewno nie zabraknie. — Z domu, dokąd jadę na święta, na pewno przywiozę trzy lub cztery słoiki konserwowych ogórków — mówi Monika Zakrzewska. — Nikt nie robi takich, jak moja mama.

Ewa Mazgal

Z badań GUS-u wynika, że najwięcej „nowych warszawiaków” pochodzi z mazowieckich wsi i miasteczek. W 2011 roku na stałe zameldowało się ich 7885. Kolejne miejsce zajmują mieszkańcy Lubelszczyzny. W 2011 roku przyjechało do Warszawy ok. 21 tys. osób z całej Polski. Ale te dane dotyczą wyłącznie zameldowanych na stałe.


Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (7) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. warszawka #1051531 | 87.204.*.* 11 kwi 2013 14:14

    W Warszawie chcecie zarabiać, a swoich ziomali spod Olsztyna nienawidzicie. Za co więc Warszawa ma Was lubić i cenić?

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Olsztyniak-Warszawiak #1040051 | 88.156.*.* 30 mar 2013 23:05

    Bzdury troche gadacie. Ten maglowany po raz milionowy temat podatków to jakaś oklepana formułka ludzi, którzy mają niewielkie pojęcie o słoikowej emigracji. Słuchajcie, zastanówcie się chwilę.. Ja jestem z Olsztyna, kocham te miasto, wychowałem się w nim i zawsze chętnie wracam. W Warszawie jestem już 8-my rok a przyszedłem do niej na studia z racji wyboru uczelni.. Uwierzcie mi, zdecydowanie wolałbym oddać równowartość wszystkich podatków wpłaconych do US w Olsztynie w zamian za wszystkie pieniądze jakie wydałem przez te wszystkie lata w Warszawie wspierając tamtejszą lokalną gospodarkę.. Wynajem mieszkania, jedzenie, transport, kina, ubrania, hektolitry piwa w stołecznych pubach, koszty związane z uczelnią i milion innych powodów do wydawania pieniędzy wydanych przez te pare ładnych lat zdecydowanie przewyższają te niewielkie kwoty odprowadzanych podatków szczególnie przez kilka początkowych lat tuż po studiach kiedy naprawdę nie zarabia się kokosów.. Ja jestem z Olsztyna ale mieszkam w Warszawie a Wy pomyślcie teraz o ludziach z innych miast przebywajacych w Olsztynie, których liczna obecność w naturalny sposób tworzy miejsca pracy np. w sklepach, pubach, restauracjach itp itd. To by było na tyle z mojej strony. Dodam jeszcze jako ciekawostkę, że Warszawa jest dość specyficznym miastem bo rodowitych Warszawiaków jest w niej na chwilę obecną mniej niż 4%. Warszawa nie byłaby tym czym jest bez przyjezdnych - to oni ją tworzą.

    Ocena komentarza: warty uwagi (1) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    1. flancowany #1039947 | 83.9.*.* 30 mar 2013 20:19

      W Olsztynie jak się ma dobre układy rodzinno towarzyskie to da się żyć. Tu można mieć ukończoną Sorbonę a przyzwoitej etatowej pracy bez układów się nie załatwi.

      Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz

    2. rodowodowy warszawiak #1039032 | 31.11.*.* 29 mar 2013 18:56

      Słoiki są poważnym problemem społecznym i ekonomicznym polskich miast, niczym nielegalni imigranci okupujący przedmieścia metropolii w USA. Funkcjonują bowiem w miejskiej społeczności, korzystają z wypracowanych przez nią dóbr, z drugiej strony nie dokonują żadnego wkładu odprowadzając podatki w rodzinnych miejscowościach. To jednak nie wszystko. Podobnie jak imigranci, słoiki nie asymilują się i żyją w gettach ( opanowują wybrane dzielnice) oraz tworzą własne i zamknięte społeczności (klany słoików z podlasia, klany z lubelszczyzny etc.) Bardzo silną cechą słoików, jest bowiem ksenofobia. Większość ich zachowań wynika jednak z głębokich kompleksów. Słoik to nie łatka za pochodzenie, to specyficzny stan umysłu. To oprócz udawanych warszawiaków (a w ich przypadku warszawian) także udawani inteligenci (lubujący się w mordobiciach pod klubami) i udawani kosmopolici (z ksenofobią i uprzedzeniami w tle). To ludzie ubodzy mentalnie, wyzuci z empatii i pełni arogancji, którą usiłują udowodnić że z zaściankiem nie mają nic wspólnego, że są bardzo bardzo cool. Słoiki działają alergicznie w zasadzie na wszystkich; na środowisko w którym funkcjonują obecnie, ale także na środowiska z których wyrwały się. Powiedzmy to wprost; słoiki z jednej strony nienawidzą rdzennych mieszczuchów, z drugiej gardzą swoimi dawnymi kolegami z podstawówki, którzy nadal są ludźmi,a nie słoikami. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jako człowiek i jako warszawiak, jestem przeciwny zamykaniu wielkich miast.W tych miastach znajdują się państwowe wyższe uczelnie, instytucje o zasięgu regionalnym, czy ośrodki administracji publicznej,do których każdy powinien mieć równy dostęp. Czy każdy wybierający życie w dużym mieście to słoik? Oczywiście że nie.Przykładowo fala migracji do miast w latach siedemdziesiątych, asymilowała się z Gdańskiem ,Bydgoszczą, czy Krakowem już na studiach.Problem słoików w zasadzie nie występował. Dobrym przykładem był główny bohater serialu ,,Daleko od szosy". Agresywna postawa słoików przekreśla niestety taką wizję koegzystencji. Szkoda tylko, że bezmyślność pustych przecież słoików przypisuje się w miastach wszystkim pochodzącym z mniejszych miejscowości, a choćby na Mazurach turystom z Warszawy czy Łodzi. Mieszkajmy w miejscach które kochamy, lub chcemy pokochać, lecz szanujmy wzajemnie siebie i swoje dziedzictwo.

      Ocena komentarza: warty uwagi (5) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (3)

      1. Wojtek #1038884 | 89.228.*.* 29 mar 2013 17:02

        Przeczytałem cały artykuł w papierowej wersji.

        ! - + odpowiedz na ten komentarz

      Pokaż wszystkie komentarze (7)