Quantcast

Sobota, 26 września 2020. Imieniny Cypriana, Justyny, Łucji

Mógłbym zagrać psychopatę — Krzysztof "Diablo" Włodarczyk

2013-03-24 09:20:00 (ost. akt: 2013-03-23 19:16:55)

— Mógłbym zagrać wariata, psychopatę, czy mordercę. Nie widzę siebie w grzecznych rolach — mówi Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, bokserski mistrz świata, który był gościem specjalnym sobotniej IV Gali Wenglorz Fight Cup w Olsztynie.

— Sprawdziłem, że ostatnio bywa pan w naszym regionie dosyć często. Tylko klimaty bywają różne. Teraz będzie sportowo, ale ostatnio była wizyta w zakładzie karnym w Iławie.
— Tak, dokładnie. Tereny Warmii i Mazur nie są mi obce, kiedyś nawet częściej u was bywałem. Mam tu znajomych. A samo więzienie zrobiło na mnie wrażenie: to jeden z większych zakładów karnych w Polsce. Osadzonych jest tam, o ile się nie mylę, ok. 1,3 tys. osób. Te mury, te kolce, kraty, Boże drogi... Nie jest łatwo prowadzić takie więzienie, nie jest też na pewno łatwo tam siedzieć (śmiech). Nie jest za wesoło. Powiem szczerze, nie wiem, jakbym się tam odnalazł.

— Ale nie odrzuca pan takich zaproszeń.
— Oczywiście, że nie. Człowiek musi być otwarty na wszelkie propozycje. Jak komuś to zrobi przyjemność i dużą frajdę, to czemu nie?

— Słyszałem, że z naszym regionem kojarzy się panu niezła anegdota. Ponoć kiedyś pod Iławą "rozkraczył się" panu samochód.
— Zgadza się (śmiech). Kilkanaście kilometrów przed Iławą jest taki "uskok" kolejowy. Prowadzą tamtędy tory. I jadąc w stronę Iławy — najpierw napotyka się tam wzniesienie, a potem jest nagle stromy dół. No i ja przejeżdżałem przez ten przejazd szybko — może nie będę mówił jak bardzo — i tak, szczerze powiedziawszy, wyskoczyłem w górę jakieś półtora metra na tych torach prawie jak Batmobilem (śmiech). No i, niestety, urwałem w samochodzie silnik. Auto siłą rozpędu kawałek jeszcze podjechało, a potem stanęło. Byliśmy potem — ja i szwagier — zdani już tylko na znajomych, którzy zaprosili nas w te strony. Koledzy przyjechali po nas i zabrali. Impreza się skończyła. Było śmiesznie.

— Był pan gościem gali MMA w olsztyńskiej Uranii, ale nie raz mówił pan, że nie jest fanem tej dyscypliny. "Jak biją się w stójce, nie leżą na sobie za długo, to jeszcze da się oglądać. Czasami nawet wygląda to dość atrakcyjnie. Ale jak tak leżą pół walki na sobie, duszą się, ciągną dźwignie, próbują klinczować nogami, nie mogę na to patrzeć". To pana słowa.
— To było dawno temu, to po pierwsze. Po drugie są różne style i naprawdę pokazują się różni zawodnicy. Moja największa pretensja spowodowana była tym, że większość z nich, kiedy leży, to po prostu nic nie robi. Oni tylko trzymają się, przepychają i tak dalej. A ja uważam, że powinni coś robić. Teraz jednak widzę, że nawet podczas gali KSW chłopaki dużo dają z siebie. Dużo pracują w czasie walki, dlatego można to lepiej oglądać, przeżywać. Emocji jest troszeczkę więcej, a nie jak parę lat temu, że kończyło się na leżeniu. Teraz jest duża zmiana, nasi zawodnicy są nietuzinkowi. Nie daje się im już kelnerów, ale przeciwników, którzy stawiają solidny opór. W drabince tego sportu wspinamy się więc coraz wyżej.

— A pan chciałby kiedyś spróbować, czy woli jednak pozostać przy boksie?

— Jak to się mówi: nigdy nie mów nigdy, ale moim konikiem jest boks i szczerze powiem, że wolę pozostać przy nim.

— A może jednak. Całkiem niedawno gruchnęła przecież plotka, że w formule MMA mieliby się mierzyć Andrzej Gołota z Riddickiem Bowe.

— Nie, nie, nie. Trochę jest to żenujące, bo konikiem Andrzeja też jest boks i niech zostanie przy tym. Jemu dobrze wychodziło to, co robił. Chociaż wiadomo: wiek, kontuzje, styl życia, dlatego ten jego boks nie wygląda nawet jak ten sprzed pięciu czy sześciu lat. Teraz każdy jest mądry, kiedy Andrzej jest po wielu kontuzjach i nie może dobrze uderzać prawą ręką. Co innego, gdyby ktoś chciał walczyć z nim, kiedy miał 35 lat.

— Gołota nie powinien skończyć z boksowaniem już po porażce z Tomaszem Adamkiem? Żal patrzeć, kiedy na koniec kariery jest obijany nawet przez rodaków. To chyba nie przystoi.

— Nie przystoi, ale Andrzej jest taką ikoną polskiego boksu, taką postacią, że nawet jak coś mu nie wychodzi, to on i tak zawsze będzie na piedestale i kilka pokoleń będzie jeszcze o nim mówić. To na tyle nietuzinkowa postać, że nie sądzę, aby w przyszłości ktoś zdołał go przebić. No, może Artur Szpilka swoim zachowaniem i ekscesami próbuje go dogonić, ale jeśli chodzi o Andrzeja, to jest on ewenementem. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości Artur trochę dojrzeje.

— Wspomnianego Artura Szpilkę często stara się pan jednak sprowadzać na ziemię.

— Czasami coś tam powiem, ale nie jestem dla niego żadnym autorytetem. Artur ma swoje wytyczne i prowadzi się swoją ścieżką przez życie. Niech on chociaż weźmie procencik z tych słów, porad, które mówią mu koledzy, trenerzy, menedżerowie, to będzie dobrze.

— Dużo mówi się dziś o kryzysie w światowym boksie — który od lat jest zdominowany przez braci Kliczko — ale też na naszym polskim podwórku. Nie sądzi pan, że w Polsce organizowanych jest zbyt wiele walk, które sportowo nic nie wnoszą, a są tylko zwykłym show?
— Wie pan co, na świecie wiele walk nic nie wnosi. W dużej mierze ludzie biją się na listę. Wtedy jednak też to elektryzuje. Oglądał pan ostatnią walkę Bernarda Hopkinsa?

— Nie widziałem.
— 48-latek zdobył tytuł mistrza świata, wyobraża to sobie pan? I to walczył w takim stylu, że pan był normalnie padł. Siadłby pan na krzesło i powiedział "k..., no nie wierzę". Naprawdę.

— Ale myśli pan, że Andrzejowi Gołocie dalej kiełkuje myśl, aby zdobyć jeszcze upragniony tytuł?

— Andrzej jest tak schorowanym człowiekiem, że powinien sobie odpuścić. Powinien sobie dać spokój, pójść na emeryturkę, jakieś pieniążki ma odłożone, ma wspaniałą rodzinę. Mariola, córka Aleksandra, czy mały Andrzejek naprawdę są jego ostoją, wielkim spokojem. Córka, jak to córka, jest jego oczkiem w głowie. Gołota właśnie na rodzinie powinien się teraz skoncentrować, na wychowaniu, pokierowaniu dzieci. Niech zostawi boks, albo gdzieś pod swoim nazwiskiem powinien otworzyć może szkółkę bokserską. To mogłoby mu się udać. Jego nazwisko wciąż jest bardzo elektryzujące i jak tylko ktoś powie Gołota, to od razu każdy odwraca się i pyta "co, gdzie, co u niego?". Andrzej powinien to wykorzystać w wychowaniu młodzieży.

— Dobrze, to teraz pogadajmy o Krzysztofie Włodarczyku...

— A kto to taki, nie znam takiego akurat (śmiech).

— Wciąż czeka pan na naprawdę topową walkę, która przyniesie panu sławę i duże pieniądze?

— Czy czekam? Niedługo mam obowiązkową obronę tytułu z Fragomenim, potem jest obrona z Czakijewem. Jeszcze nie wiadomo, jak to się wszystko jednak potoczy. Wie pan, jestem w takim wieku, że powinien brać tylko mocne, grube propozycje, które pozwolą mi wypłynąć na jeszcze bardziej szerokie wody. Wiadomo, że rynek amerykański wciąż jest bardzo chłonny i jedynie, na co czeka, to głośne nazwiska. Gdybym niedługo zmierzył się z kilkoma znanymi pięściarzami, to myślę, że mógłbym sobie tam powalczyć. I swój, jak to się mówi, grosik zarobić. Boksować można tylko do pewnego momentu, dlatego trzeba zarobić takie pieniądze, które pozwolą się nam dobrze ustawić.

— Wygląda na to, że stał się pan teraz bardzo odpowiedzialny. To chyba wielka zmiana, bo kiedyś powiedział pan w wywiadzie, że trzeba pana pilnować. Był pan więc niespokojnym duchem, takie "Diablo" pełną gębą.

— Dokładnie, jak najbardziej. Teraz już jednak jest w porządku.

— Czyli, jakby któregoś dnia zadzwonił telefon od jednego z braci Kliczko, długo by się pan nie zastanawiał? Wiem, że wielokrotnie zapewniał pan, że nie byłby bez szans.

— Sądzę, że miałbym szanse. Ja nie skreślam się, bo wiem, jakim jestem zawodnikiem i wiem, w jakim momencie potrafię się postawić przeciwnikowi. Mogę pokazać naprawdę bardzo dobry boks. Czym trudniejszy rywal, tym ja lepiej walczę. Potrafię skupiać się nie tylko nad sobą, ale też przewidywać ruchy przeciwnika.

— Czyli magia nazwiska nie sparaliżowałaby pana?

— Nie, byłbym raczej strasznie podniecony i zadowolony, że mógłbym boksować z taką osobą.

— Wspomniał pan, że kariera boksera nie trwa długo. Ma pan pomysł, co będzie robił po zakończeniu kariery sportowca?

— Chyba chciałbym pozostać przy sporcie. Bardzo kręci mnie motoryzacja i na pewno fajnie byłoby gdzieś tam pościgać się na motorach. Ruszyć w ekstremalną drogę.

— Niech tylko omija pan drogi pod Iławą.

— (śmiech) Miejmy nadzieję, że tym razem nic złego się nie wydarzy. Jak ktoś proponuje mi jazdę motorem czy quadem, cieszę się jak małe dziecko, które dostało lizaka.

— Mówi pan o motoryzacji, a może zostanie pan aktorem? Szlify serialowe ma już pan za sobą. Oglądało się pana nawet w "M jak Miłość".

— Jakby była jakaś fajna propozycja z filmu, ale naprawdę fajna, to czemu nie? Mógłbym zagrać rolę wariata, psychopaty, mordercy, coś takiego. Nie widzę siebie w grzecznych rolach.

— Nie zobaczymy, więc Krzysztofa Włodarczyka w roli amanta? Słyszałem, że ma pan w prawdziwym życiu taką łatkę.

— Naprawdę? (śmiech) Rola amanta jednak odpada. Broń Boże.


Krzysztof "Diablo" Włodarczyk urodził się 19 września 1981 r. w Warszawie. W maju 2010 r. zdobył pas federacji WBC w kategorii junior ciężkiej. Pokonał przez techniczny nokaut w 8. rundzie Włocha Giacobbe Fragomeniego.

Jego bilans na zawodowym ringu to 50 walk, z których 47 wygrał, dwie przegrał i jedną zakończył remisem. W lipcu 2011 r. trafił do szpitala na oddział detoksykologiczny po przedawkowaniu środków antydepresyjnych, które przyjmował w związku z depresją spowodowaną kłopotami osobistymi. Wziął udział w VIII edycji programu "Taniec z Gwiazdami" emitowanego w telewizji TVN. Jego partnerką była Agnieszka Pomorska. Gościnnie wystąpił również w serialach "M jak Miłość", "Samo życie" i "Wszyscy kochają Romana".


Polub nas na Facebooku:

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Zobacz także

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. #1032892 | 46.76.*.* 24 mar 2013 10:04

    sa setki co nie muszą grać poprostu są, w tym upadłym kraju to norma bieda jest twórcza albo zabija

    ! - + odpowiedz na ten komentarz