Wtorek, 13 listopada 2018. Imieniny Arkadii, Krystyna, Stanisławy

Nie jestem dolar, wszystkim nie muszę się podobać

2013-03-10 07:59:00 (ost. akt: 2013-03-09 21:11:59)

— Ludzie uważają mnie za człowieka optymistycznego, pełnego chęci do życia. Bo tak też i jest. Ale mam również normalne życie i kto wie, ten wie, że miałem rozmaite perturbacje życiowe, że były też i smutniejsze wydarzenia do skonsumowania. To aktorstwo pozwoliło mi nie zwariować i odpocząć w zupełnie innym świecie — mówi aktor Paweł Wawrzecki.

— „Lepsza krwista kaszanka niż anemiczna koleżanka”. Pamięta pan ten cytat?
— (śmiech) To chyba cytat z jednej z moich ulubionych produkcji we współpracy z Krzysztofem Jaroszyńskim. Dobrze myślę?

— Dobrze. Doktor Kidler z serialu „Daleko od noszy”.
— No właśnie. Krzysiek jest wspaniałym obserwatorem życia i ma duże poczucie humoru. Wspólnie, po wielu latach — nazwałbym to — prób filmowo-telewizyjnych, dojechaliśmy do sztuki teatralnej „Roma i Julian” (scenariusz, reżyseria i produkcja: Krzysztof Jaroszyński — przyp. aut.), na którą w niedzielę serdecznie państwa zapraszam. A zapraszam dlatego, że uważam, że jest ona warta uwagi ze względu na poruszany temat i aktualności, oraz ze względu na fantastyczne pióro Jaroszyńskiego. I dość zgrabnie nam to wyszło. Mówię nieskromnie o Hani Śleszyńskiej, Wątróbskiej, Oberc, Firlecie i mojej skromnej osobie.

— Nie pierwszy raz będzie pan gościł w Olsztynie.
— To prawda. Jestem też aktorem warszawskiego Teatrem Kwadrat i gościłem u państwa kilka lat temu ze spektaklem „Nie teraz, kochanie”. A tak w ogóle, to bardzo dobrze was wspominam, lubię Olsztyn i te tereny. Ba, przyjeżdżam na wakacje niedaleko Olsztyna. Tak więc będzie mi bardzo miło spotkać się po raz kolejny z publicznością Warmii i Mazur.

— Na pana twarzy ciągle maluje się uśmiech. Koleżanki i koledzy z pracy zawsze to podkreślają, na każdym pańskim zdjęciu też widać uśmiech.
— Ludzie uważają mnie za człowieka optymistycznego, pełnego chęci do życia. Bo tak też i jest. Ale mam również normalne życie i kto wie, ten wie, że miałem rozmaite perturbacje życiowe, że były też i smutniejsze wydarzenia do skonsumowania. Myślę jednak, że ten optymizm i uśmiech pozwoliły mi przetrwać te najtrudniejsze momenty.

— Życie pana nie oszczędzało.
— To nie jest czas na rozmowę na ten temat. Ale wie pan, każdy musi to na swój sposób przeżyć.

— Bardzo dużo pan doświadczył, ale nie uciekał pan od świata. Wręcz przeciwnie, nie zrezygnował pan z aktorstwa.
— Bo to właśnie aktorstwo pozwoliło mi nie zwariować i odpocząć w zupełnie innym świcie, który stwarza teatr. To moje antidotum na różne moje bolączki, dlatego też lubię przebywać na scenie. Nie mówię, że teatr jest jak narkotyk, ale cenię żywy kontakt z człowiekiem. Nie znaczy to, że nie lubię pracować przed kamerą, ale ta możliwość przebywania na żywo z widzem to jest taka dodatkowa wartość i bardzo wciąga.

— Siedem lat po śmierci pierwszej żony, Barbary Winiarskiej, ożenił się pan ponownie — z Izabelą Roman, która na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych. Pan mieszka w Polsce. Możliwe jest małżeństwo na odległość?
— Ale ja teraz też mieszkam tak trochę na stałe w Stanach Zjednoczonych. Daję sobie radę, chociaż jest ciężko czasami, bo to zmiana czasu i tak dalej. Pięć razy w roku jestem w USA i w sumie przebywam tam ponad 100 dni. A resztę roku spędzam w Polsce, w pracy, a także z córką.

— Od zawsze chciał pan być aktorem?
— Chyba nie od zawsze. Taki pomysł na życie pojawił się w okresie dojrzewania, przed maturą. I jakoś tak się przypadkowo zdarzyło, że rozsmakowałem się na scenie przy okazji różnego rodzaju akademii szkolnych, takich „ku czci” (śmiech). Później założyłem swój teatr prywatny i jakoś to poszło. I z technikum hydrologiczno-meteorologicznego w Dębem koło Warszawy zdawałem do szkoły teatralnej. I myślę, że to był szczęśliwy wybór. Szkołę skończyłem i związałem się ze sceną, najpierw w 1979 roku w Teatrze Kwadrat. W tym roku mijają 34 lata. To sporo, prawda?

— Kawał czasu. Młodemu człowiekowi, ale chyba i starszemu również, kojarzy się pan z humorystycznymi postaciami. Mam tu na myśli doktora Kidlera z „Daleko od noszy”, Bułę z „Graczyków”, a nawet policjanta Wieśka ze „Złotopolskich”. Widać, że na scenie i planie filmowym jest pan sobą.
— No wie pan, doktor Kidler czy Buła to zupełnie inni faceci niż ja prywatnie!

— Chodzi mi o podejście do granej roli. To znaczy, że wcielanie się w te postaci przychodzi panu z łatwością.
— Ależ oczywiście. To w końcu ja, Paweł Wawrzecki, który jest zapraszany do grania tych ról (śmiech). Postać, którą w niedzielę zagram w Olsztynie, czyli Grzegorz, to też facet nietuzinkowy.

— Twierdzi pan, że trudniej jest rozśmieszyć widzów niż grać tak, by na sali panowała cisza.
— Wie pan, jeżeli chce się grać coś, żeby publiczność się bawiła, to jest to trochę taka matematyka. Wszystkie ruchy i zachowania trzeba wykonywać precyzyjnie. Trzeba mieć do tego też predyspozycje. Myślę, że — i to miałem na myśli mówiąc te słowa, o których pan wspomniał — więcej jest aktorów, którzy sprawdzają się w repertuarze poważnym, a nieliczni potrafią odnaleźć się w repertuarze lekkim. Aktor komediowy, choć nie wiem dlaczego, jest traktowany jak reprezentant gorszej muzy. Ja oczywiście miałem też kontakt z poważnymi rolami, na przykład w spektaklu „Mewa” Czechowa w Teatrze Narodowym, gdzie wcielałem się w postać lekarza Dorna. Wcześniej przecież też grałem w polskim tasiemcu „Matki, żony i kochanki”. Tam też grałem człowieka z poczuciem humoru, ale również uwikłanego w różnego rodzaju romanse, dźwigającym ciężar rodzinny.

— Występował pan także w kabarecie Olgi Lipińskiej. Niech pan powie, co dziś śmieszy ludzi.
— Mnie się wydaje, że zmienił się punkt widzenia i ten żart sprzed 25 lat w innej, dzisiejszej rzeczywistości politycznej, jest już poza nami. To, z czym spotykamy się na żywo w życiu codziennym, jest czasami zabawniejsze od tego, co próbują dzisiejsze kabarety na siłę stworzyć. My oczywiście również braliśmy przykłady z życia, ale robiliśmy to w zupełnie innych realiach. A co dziś śmieszy ludzi? To, co widzą w przywarach drugiego człowieka. Wydaje mi się, że dziś odeszliśmy od dobrej literatury, która była obecna w kabaretach dawniej. Czuło się ich smak i wysoki poziom literacki, a teraz kabaretu, takiego prawdziwego, nie ma. I wydaje mi się, że młodych ludzi śmieszą kabarety, które dzisiaj co chwila puszczane są w telewizji. Natomiast, jeżeli byśmy wzięli sztukę teatralną, na przykład tę Krzysztofa Jaroszyńskiego, którą pokażemy w Olsztynie, to śmiało można uznać ją za bardzo śmieszną. Więcej, spotykam się z opiniami widzów, że już dawno tak się nie śmiali. I to są rzeczy wzięte z dnia naszego codziennego, tego co nas otacza i z czym się stykamy. Tak samo było z serialem „Daleko od noszy”.

— Ale nie brakuje też krytyków tego serialu.
— Wiem, ale my tam pokazywaliśmy nasze codzienne przywary, z których lubimy się przecież śmiać. A czasami coś może być bardzo śmieszne, ale przedstawione w złym guście albo smaku. A temu, który potrafi wyjść na scenę i powiedzieć dobry żart czy kawał, a przy tym podpiera się literaturą, trzeba tylko przyklasnąć.

— Aktorzy „Roma i Julian” też są dobrze oceniani przez widzów. Tak mówi internet.
— Oczywiście, były też krytyczne uwagi do nas, aktorów grających w tym spektaklu. Ale ja wychodzę z założenia, że nie jestem dolar, żebym się każdemu musiał podobać.

— Albo cukierek, żeby każdemu smakować...
— Otóż to. Ja rozumiem, że mogą być inne punkty widzenia, ale to jest nasza propozycja dla widza.

— A co pana śmieszy?
— Jestem człowiekiem, który ma uszy i oczy otwarte. I rzeczywiście potrafię się śmiać, jestem z tego znany. Lubię się śmiać z samego z siebie, ze swojej leworęczności, bo przecież nie jestem doskonałym człowiekiem. A potrafią z tego wyjść bardzo często przezabawne rzeczy. A w ogóle, wie pan, lubię przebywać wśród osób uśmiechniętych, a nie ponurych, bo to mnie inaczej nastraja, lepiej się czuję.

— I lepiej pracuje.
— Oczywiście! Dlatego zapraszamy do teatru, żebyście się państwo też lepiej poczuli.

— Jest rola, na którą pan nadal czeka?
— Nie, ja nigdy nie czekałem na Hamleta. W życiu wszystko musi się jakoś złożyć, musi się spotkać odpowiednia grupa ludzi, w odpowiednim miejscu i z odpowiednią propozycją. Oczywiście czasami sobie myślałem, że może coś bym Moliera zagrał. Ale nie mam jakiegoś straszliwego parcia, że muszę.

— A jakie filmy Polacy lubią oglądać?
— Nie chciałbym wygłaszać jakichś generalnych opinii, ponieważ nie wiem, co my w ogóle lubimy. Ale mogę powiedzieć, że masa ludzi przychodzi do teatru na spektakle, w których gram, i ci ludzie są wspaniałymi widzami. O nich mogę powiedzieć, że to grupa, która szuka i otrzymuje dobry towar, w dobrym smaku. Wprawdzie, jak mówię, nie jestem krytykiem, ale wiem, jakie filmy mi nie odpowiadają i tych nie przyjmuję, nie podpisuję się pod nimi i dlatego też w wielu nie gram.

— Co jest pana największym sukcesem?
—...

— Halo?
— Jestem, jestem. Zadał pan bardzo poważne pytanie. Moim największym sukcesem życiowym jest moja córka, która wyszła ze swoich rozmaitych kłopotów zdrowotnych. A to zdjęło mi kamień z serca. Za sukces muszę też uznać to, że ułożyłem sobie takie życie, do jakiego dążyłem kiedyś w młodości. Widzi pan, jestem takim typem człowieka, że nawet jak zdarzają się marne i trudne momenty, to zawsze próbuję wyciągnąć z nich jakieś pozytywne elementy. Podobnie jest z rolami, w których gram. I nawet jeśli jest to postać zła, to wkładam w nią coś dobrego, ludzkiego.

— Córka przychodzi na pana spektakle?
— Oczywiście, i żona też mnie wspiera. A tak w ogóle to rodzina jest bardzo trudnym widzem, bo inaczej postrzega pracę niż reszta publiczności, rodzina wszystko wypatrzy. Ale w najbliższych jest siła, bo bez nich każdemu z nas byłoby ciężko

Mateusz Przyborowski

Paweł Wawrzecki (ur. 1950 roku w Warszawie) — aktor filmowy, teatralny i dubbingowy. Wykształcenie aktorskie zdobył na PWST w Warszawie, którą ukończył w 1975 roku. Od 1979 roku aktor warszawskiego Teatru Kwadrat. Od ukończenia studiów związany ponadto z teatrami: Współczesnym, Narodowym, Na Woli. W latach 1993-2005 występował w Kabarecie Olgi Lipińskiej, prowadził też telewizyjne „Koło Fortuny” (1995). Jego ojcem był Stanisław Wawrzecki, którzy w latach 60. w pokazowym procesie został skazany na karę śmierci w tzw. aferze mięsnej.

Pierwszą żoną Pawła Wawrzeckiego była aktorka Barbara Winiarska, która zmarła w 2002 roku. Ich córka, Anna, cierpi na porażenie mózgowe. W 2009 roku ożenił się z Joanną Roman, która na co dzień mieszka w Stanach Zjednoczonych.

W 2002 roku podczas III Festiwalu Dobrego Humoru w Trójmieście otrzymał nagrodę w kategorii najlepszy aktor komediowy. Wystąpił w takich filmach, jak „Spirala” (1978), „Miś” (1981), „Kiler” (1997) czy „Złoto dezerterów” (1998). Znany także z ról w serialach komediowych w reżyserii Krzysztofa Jaroszyńskiego: „Graczykowie” (1999-2001), a później „Graczykowie, czyli Buła i spóła” (2001-2002) oraz „Szpital na perypetiach” (2001-2003), później „Daleko od noszy” (2003-2008). Grał też w serialach obyczajowych, jak: „Polskie drogi” (1976), „Matki, żony i kochanki” (1996, 1998) czy „Złotopolscy” (1997-2010).
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. ryśio #1027255 | 109.243.*.* 18 mar 2013 18:31

    Doktorze ,jak mnie kuje w prawym boku to co to jest.Wczoraj byłem grzeczny. I dlaczego kuje????

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Monika #1017361 | 88.156.*.* 10 mar 2013 12:11

    Idę dzisiaj wieczorem na spektakl, nie mogę się już doczekać!

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz